wtorek, 21 października 2014

Ciekawostki ze świata - Stereotypy narodowe

Mówiąc o stereotypie mamy na myśli ogólnie przyjęty pogląd, z reguły nie poparty żadnymi formalnymi dowodami, określający to jak postrzegamy i z czym kojarzymy określoną grupę osób, reakcję, wydarzenie czy przedmiot. Jest to swoista konstrukcja myślowa, będąca fałszywym przekonaniem, subiektywnym i bardzo ogólnym o konkretnym podmiocie. Mówiąc o stereotypie trzeba rozpatrywać go z dystansem gdyż wiara w niego może często zaburzać rzeczywisty obraz i wyrządzać spora krzywdę.

Dzisiaj stereotypy o Rosjanach:

  • Prawosławni Rosjanie? - Od stereotypów nie są wolni również Rosjanie. Polacy mają na ich temat wiele utartych poglądów, często zdecydowanie odbiegających od rzeczywistości. Pierwszym z nich jest chyba postrzeganie Rosjanina jako gorliwego wyznawcę wiary prawosławnej. W obrazach filmowych rzadko zdarza się dom bez ikony i ołtarzyka, przed którym odprawia się specyficzne ceremonie modlitewne.
     
  • Alkoholizm - Kolejny stereotyp to przypisywane Rosjanom pijaństwo. Każdy chyba zna określenie "ruska wódka", które dotyczy alkoholu o dużej wartości procentowej. Polacy uważają, że  prawdziwy Rosjanin nie schodzi poniżej 60-70% no i oczywiście "nie zakąsza po pierwszym". Jest to związane z rozległymi terenami Syberii i wieczną zimą, która wręcz skłania do rozgrzewania się alkoholem. Pędzenie samogonu jest jakby sportem narodowym, a prawdziwy mężczyzna, silny, dobrze zbudowany, mocarny syberyjski chłop bez szklanki samogonu nie wychodzi z domu. Na ten temat krąży nawet wiele dowcipów i choć w rzeczywistości Rosjanie piją tak samo jak Polacy i wbrew przyjętym poglądom są nauczeni zagryzania wódki, to w stereotypie są uznawani za naród pijaków.
     
  • Przestępczość - Następny stereotyp to przekonanie, że każdy Rosjanin jest skorumpowanym przestępcą  należącym do mafii lub przynajmniej złodziejem. Ten stereotyp jest bardzo skrajny i krzywdzący, a związany jest zapewne z rozpadem ZSRR i panującym za wschodnimi granicami bałaganem. Taki pogląd utrwalają dodatkowo filmy fabularne, które ukazują naszego wschodniego sąsiada, jako sprawcę wszelkiego zła, a zwłaszcza źródło nielegalnej broni, w tym nuklearnej. Rosjanie to naród wojowniczy i tego im odebrać nie można, ale również Polacy są znani z tego, że wszczynają bójki i wdają się w konflikty z byle powodu.
     
  • Bieda - Do tego dochodzi kolejny stereotyp, czyli zacofanie i bieda. Faktem jest, że z racji ogromnych przestrzeni i wielkich odległości zdarzają się jeszcze w Rosji wioski czy osiedla bez prądu czy szkół, ale większa część kraju niekiedy wyprzedza niektóre państwa centralnej Europy w nowinkach technicznych czy bogactwie. Czasy wiejskich babek z bajki o złotej rybce dawno odeszły w przeszłość, choć pogląd nadal pozostał żywy.
     
  • Pozytywy - Do pozytywnych stereotypów można zaliczyć gościnność i otwartość. W przekonaniu Polaków Rosjanin zawsze przyjmie gościa z otwartymi ramionami, zawsze znajdzie dla niego butelkę wódki i czas, aby zabawić się i pośmiać. Inny stereotyp to naród rozśpiewany. Każdy Rosjanin potrafi zaśpiewać Dumkę na głosy, a podczas spotkań śpiewanie jest obowiązkowe. Przeciętny Rosjanin z reguły nie okazuje trosk i zawsze znajduje okazję do zabawy.
Analizując stereotypy negatywne warto wziąć pod uwagę, że Rosja to kraj wielonarodowościowy i nie każdy jej mieszkaniec to rodowity Rosjanin. Wiele stereotypów pozostaje jeszcze z czasów ZSRR, a dziś to kilka zupełnie odmiennych narodów.

30/2013

piątek, 17 października 2014

Wywiad z Timeą Balajcza, właścicielka BALAJCZA

"Języki obce są najważniejsze. Bez nich się nie wyróżniamy"

Timea Balajcza pochodzi z Węgier, dorastała we Francji, a od 19 lat żyje w Polsce. Jeszcze kilka lat temu w branży finansowej, odpowiedzialna za
12 rynków europejskich, dziś zarządza 800 tłumaczami na całym świecie.
Założone przez nią w 2010 roku Biuro Tłumaczeń Specjalistycznych BALAJCZA wykonuje tłumaczenia we wszystkich kombinacjach językowych.
Swoim córkom powtarza: "Języki obce są najważniejsze". Oraz: "Róbcie to, co lubicie".
 
  
Z kobietą, która urodziła się w czasach zamkniętych granic, by z dnia na dzień trafić do wielokulturowego i wielojęzycznego świata, rozmawia Iza Wiertel.

Mama jako inspiracja

IW: Mówisz kilkoma językami, wyszłaś za cudzoziemca – czy coś w Twoim dzieciństwie wskazywało na to, że będziesz takim geniuszem komunikacyjnym?

TB: Myślę, że nie. Ogólnie mówiąc nie jestem geniuszem komunikacyjnym. Prezentacje czy mówienie przed duża publicznością nie przychodzą mi łatwo, umiejętność tę nabyłam po prostu wraz z doświadczeniem. Znajomość języków zawdzięczam mamie, która w latach 70., kiedy się wychowywałam,  pracowała w węgierskiej firmie mającej prawo eksportować za granicę.  Mama znała cztery języki obce, zajmowała się takimi rynkami jak Niemcy czy Francja i zdarzyło jej się wyjeżdżać za granicę.  Działo się to w czasach komunizmu, kiedy ludzie, nawet pracując w takich firmach, nie znali żadnych języków.

Dziecko na emigracji

IW: Jako dziesięcioletnie dziecko znalazłaś się w zupełnie nowych warunkach i podobno w pół roku nauczyłaś się nowego języka. Opowiedz proszę, jak udało Ci się nauczyć go tak szybko? Być może będzie to wskazówką dla szkół językowych, jak podchodzić do nauki języka przez dzieci, tzn. czy wrzucać je na głęboką wodę?

TB: Myślę, ze wrzucanie na głęboką wodę to bardzo dobry sposób, ale trudny do zrealizowania, jeśli się nie jest w danym kraju. Nie powiem, ze była to trauma, bo nie była, ale ciężkie przeżycie. Wyjechałam do Francji tylko z moją mamą, która od razu poszła do pracy, a ja musiałam iść do szkoły. Na początku przez pół roku byłam w takiej specjalnej klasie, w której dzieci nie mówią po francusku, ale ponieważ po angielsku też niewiele mówiłam, wiec nie było alternatywy jak tylko mówić po francusku. Bardzo trudno jest powiedzieć, ile mi to dokładnie zajęło, ale pamiętam, że po roku znałam język już na tyle, że trafiłam do normalnej klasy z rówieśnikami. I wtedy nie miałam już żadnego problemu, żeby rozmawiać.

IW: Byłaś pierwszym dzieckiem z klasy przygotowawczej,  które przeszły na ten normalny poziom?

TB: Tak, pamiętam, że inne dzieci zostały w niej dłużej. Myślę, że poszło mi łatwo dlatego, że miałam takie dziwne uczucie, że jestem z boku. Na Węgrzech chodziłam w końcu do normalnej klasy, do tego poszłam do szkoły rok wcześniej. We Francji bardzo mi zależało na tym, żeby szybko wszystko nadrobić i być w tej klasie, w której moim zdaniem powinnam być.

IW: Pamiętasz, jak się tego języka uczyłaś? Dodatkowo w domu czy pomagali Ci nauczyciele w szkole?

TB: W domu na pewno nie, bo z mamą rozmawiałyśmy po węgiersku. Szkoła we Francji nie jest taka jak w Polsce, szczególnie szkoły podstawowe, zostaje się tam do 15:00 albo 16:00. Podobnie jest zresztą w gimnazjum i liceum. To mi pomogło, bo nie szłam o 12:00 do domu, gdzie nie miałam z kim porozmawiać, tylko przez prawie cały dzień byłam wśród dzieci. Pamiętam, że modne było wtedy skakanie przez gumę, więc żeby skakać przez tę gumę, musiałam pytać francuskie dzieci, czy mogę do nich dołączyć.

Stypendium Erasmusa

IW: Chciałabym zapytać o Twoje kolejne doświadczenie związane z wyjazdem za granicę. Jako studentka spędziłaś pół roku w Holandii?

TB: Tak, byłam pół roku na uniwersytecie w Rotterdamie na stypendium Erasmusa.

IW: Zakładam, że nie był to dla Ciebie szok po tym, jak jako dziesięciolatka przeprowadziłaś się do Francji?

TB: Nie, oczywiście, że nie. Kiedy już udało mi się dostać na uniwersytet ekonomiczny, bardzo zależało mi na tym, żeby wyjechać na stypendium, ale tez zależało mi, żeby iść na renomowany uniwersytet i uczyć się tego, co jest moją specjalizacją. Ale przeżyłam też rozczarowanie, bo pojechałam z taką myślą, że chociaż trochę nauczę się holenderskiego.

IW: Nie nauczyłaś się?


TB: Niestety nie, to jest bardzo trudne. Nawet nie chodzi o to, że byłam tam tylko pół roku. W Holandii po prostu dosłownie wszyscy mówią po angielsku, nawet panie sprzątaczki na uniwersytecie. Może nie szekspirowskim angielskim, ale wszystko odbywa się po angielsku. Przez dwa tygodnie mieliśmy kurs holenderskiego. Pamiętam, że próbowałam później kupić bilet po holendersku, ale pani w kasie tylko popatrzyła na mnie i odpowiedziała po angielsku: „Here you are the tickets”...

IW: Mówiłaś mi, że masz trzy córki: czy polecałabyś im wyjazd na takie półroczne stypendium? Co daje młodemu człowiekowi taki wyjazd na studia za granicę?

TB: Na pewno bardzo to wspieram, żeby moje dzieci uczyły się języków, zresztą starsze są w liceum dwujęzycznym z językiem francuskim, a młodsza w gimnazjum dwujęzycznym z językiem hiszpańskim. Powtarzam im, że studia zawsze można skończyć, na przykład prawo albo ekonomię, ale języki obce są najważniejsze. Bez nich się nie wyróżniamy i nie mamy przewagi. A jeżeli chodzi o taki wyjazd to myślę, że jest bardzo ważny, bo wyjeżdżamy i nie mamy rodziców, jesteśmy zdani na siebie. Musimy być otwarci na nowych ludzi.

Praca na studiach

IW: Na studiach zaczęłaś pracować jako tłumaczka, towarzyszyłaś biznesmenom podczas wyjazdów służbowych, między innymi do Stanów Zjednoczonych. Czy sądzisz, że przygotowało Cię to w jakimś stopniu na świat biznesu?

TB: Te wyjazdy były na pewno cennym doświadczeniem. Ale to wcale nie znaczy, że wyjeżdżając jako tłumaczka i będąc kilka razy w Stanach już myślałam o założeniu biura tłumaczeń. To była po prostu okazja, żeby wykorzystać znajomość języka i nauczyć się czegoś, ponieważ za każdym razem uczestniczyłam w jakiejś konferencji czy spotkaniu biznesowym. To było cenne z punktu widzenia znajomości języków i zapoznania się z pracą tłumacza. Miałam o niej po studiach jakieś wyobrażenie, bo oprócz tych tłumaczeń ustnych sporo robiłam też tłumaczeń pisemnych. Pamiętam, że jeden z profesorów angażował nas w tłumaczenie z angielskiego na węgierski jakichś książek ekonomicznych.

Miłość i kolejna emigracja

IW: Nie ukrywasz faktu, że będąc na stypendium w Holandii poznałaś swojego obecnego męża. Czy przyjeżdżając do niego do Polski miałaś jakiś plan? Czy wiedziałaś konkretnie, gdzie się będziesz starała o pracę, czy po prostu odważyłaś się ufając, że jakoś to będzie?

TB: Na pewno miałam tę ufność. Patrząc wstecz myślę, że miałam przed oczami przykład Holandii, gdzie nie znając języka, z samym tylko angielskim bardzo dobrze można sobie było poradzić w codziennym życiu, nawet znaleźć pracę. Niestety Polska okazała się pod tym względem inna niż Holandia. Myślę, że teraz byłoby podobnie, ale w latach 90. wcale tak nie było. Więc kiedy przyjechałam - to był ostatni rok moich studiów - myślałam, że skoro bardzo dobrze znam angielski i francuski, nie będzie żadnego problemu ze znalezieniem pracy, a potem pomału nauczę się polskiego. Niestety kiedy zaczęłam szukać pracy okazało się, że nawet zagraniczne firmy mówiły: „Angielski i francuski – świetnie! Ale my tu zatrudniamy Polaków, którzy nie znają języków obcych i potrzebujemy kogoś z językiem polskim”.

„Proszę towar góra”

IW: Czy wtedy trafiłaś na stanowisko kontrolera finansowego w Auchan?

TB: Zostałam zatrudniona na stanowisku kontrolera finansowego, to było dla mnie bardzo ważne, bo nie zależało mi na pracy jakiejkolwiek, tylko związanej z moją specjalizacją ze studiów. Wtedy w Auchan, myślę że teraz też tak jest, wszystkie osoby z administracji musiały przejść przez staż w sklepie. Przez półtora roku byłam managerem działu, na początku był to dział szklany. To był ten moment, kiedy dostałam trzech pracowników, a wcale nie mówiłam po polsku. Do pracy chodziłam ze słownikiem i dawałam pracownikom proste instrukcje w rodzaju „proszę towar góra”. Potem okazało się, że oni obawiali się tej sytuacji jeszcze bardziej niż ja.

IW: Na jakie inne jeszcze sposoby uczyłaś się polskiego: chodziłaś do szkoły językowej, rozmawiałaś z mężem czy może czytałaś książki?

TB: Kiedy przyjechałam do Polski, chodziłam na kurs. To pozwoliło mi nauczyć się podstawowych słów, ale bez ćwiczenia kurs niewiele daje. A z mężem bardzo długo, przez dwa albo trzy lata rozmawialiśmy tylko po angielsku. Przestawienie się wydawało się dziwne, on też nie bardzo chciał, bo akurat u niego w pracy nie było możliwości rozmawiania po angielsku. Ja z kolei bałam się, że będzie taki jak mąż mojej koleżanki, który poprawiał każde słowo i każdą końcówkę, co jest bardzo frustrujące dla osób uczących się. Ale mój mąż taki nie był.

Kariera w korporacji

IW: W korporacyjnym środowisku zaszłaś bardzo wysoko: pod koniec kariery byłaś odpowiedzialna za 12 krajów. Kiedy poczułaś, że musisz coś zmienić? Obudziłaś się z tą myślą pewnego dnia? Myślę, że Twoja opowieść może być cenna dla osób, które z różnych przyczyn nie są zadowolone ze swojego aktualnego zajęcia.

TB: O tym, żeby robić coś swojego myślałam już dwa lata przed założeniem firmy. Ale na pewno to nie było tak, że obudziłam się rano i pomyślałam, że rzucam pracę i zakładam firmę. Od początku chodziło mi po głowie, że nie wykorzystuję faktu, że pochodzę z Węgier. Nigdy nie wykorzystałam możliwości, jakie to daje: przez 15 lat pracy w korporacji chyba tylko raz poproszono mnie o kontakt z oddziałem na Węgrzech, gdzie miałam w czymś pomóc. Nigdy nie mogłam wykorzystać tego, że znam i lubię języki obce. Odczuwałam zmęczenie materiału, ludziom w korporacjach to się często zdarza. Chciałam robić coś innego, ale w polskich firmach rekrutacyjnych tak się przyjęło, że „skoro pani jest tutaj, to powinna pani przejść na wyższe stanowisko”. A ja miałam trójkę dzieci i nie było moim celem, żeby siedzieć w pracy czternaście godzin zamiast dziesięciu.

Własna firma

IW: Czyli rodzina, a zwłaszcza dzieci, z zadowoleniem powitały zmianę Twojego profilu zawodowego?

TB: Tak, dzieci przyjęły to naturalnie. Wcześniej miałam dla nich mało czasu, często nie chodziłam na wywiadówki i w ogóle nie udzielałam się w szkole. Bardzo często nie pomagałam im przy odrabianiu lekcji. Kiedy zaczęłam to robić, było to dla nich naturalne i fajne. Oczywiście mieć własną firmę nie znaczy pracować mniej. Bo wcale nie pracuję mniej, za to sama mogę organizować sobie pracę. Często pracuję w czasie weekendu, wieczorem albo bardzo wcześnie rano, ale za to mój dzień jest bardziej elastyczny. Pewne sprawy mogę więc załatwić w ciągu dnia, nie muszę siedzieć w pracy niezależnie od tego, czy jest coś to zrobienia czy nie, tylko dlatego, że mój szef to sprawdzi.

IW: Czy Ty w ogóle miałaś pojęcie, jak się prowadzi własną firmę, kiedy już podjęłaś decyzję, że będziesz otwierała biuro tłumaczeń?

TB: Na pewno pomógł mi fakt, że pracowałam wcześniej w korporacji i widziałam, jak działa firma – wszystko jedno, jakiej wielkości. Powiem szczerze, że bardzo podziwiam osoby, które zakładają własne firmy zaraz po studiach. I nie chodzi tutaj o to, czy są odważni czy nie, ale o to, że po studiach nie mamy, ja nie miałam żadnego doświadczenia, jak się prowadzi biznes. Wszystko, co wyniosłam z mojej pracy w korporacji: procedury, które mogę wprowadzić, przepływ dokumentów, umiejętność zarządzania ludźmi, rekrutacji, stosuję do dziś. Nie żałuję tego okresu, bardzo się cieszę, że mogłam tam pracować. Bez tego miałabym problem z prowadzeniem własnej firmy.

IW: Pamiętasz może, kiedy pojawiło się Twoje motto: „Rób to co lubisz, kochaj to co robisz i dawaj więcej niż obiecujesz”?

TB: Myślę, że istniało już zawsze. Przyznam się, że lubię też finanse i controlling, ale pod pewnymi warunkami: tabelki Excel z danymi z dwunastu krajów już mniej mi się podobały. Dlatego przestalam lubić to, co robię i przeszłam na coś innego. Myślę, że ta druga część: „dawaj więcej niż obiecałaś” to podstawa prowadzenia biznesu. To bardzo ważne, żeby być uczciwym. Dać klientowi, dostawcom to, co się obiecuje - i nawet więcej.  Wtedy odnosi się sukces, bo ludzie to doceniają.

„Rób to, co lubisz”

IW: Chciałabym przejść do bardziej osobistych pytań. W jakim wieku są Twoje córki?

TB: Bliźniaczki mają 16 lat, trzecia córka 12.

IW: Zatem przynajmniej bliźniaczki będą już za jakiś czas zaczynać życie zawodowe. Czy jest coś, co chciałabyś im przekazać na podstawie twoich dotychczasowych doświadczeń? Coś, co powinny wiedzieć, zanim w ogóle zaczną?

TB: Myślę, że najważniejsze jest faktycznie to, żeby wybrać odpowiedni kierunek studiów, żeby robić to co się lubi i na co ma się ochotę. Bardzo chętnie widziałabym swoje córki na studiach ekonomicznych, bo to znam i wiem, jakie są potem możliwości. Ale one mają w tej chwili zupełnie inne plany i myślę, że ważne jest, żeby je wspierać. Kiedy założyłam firmę, pytały mnie: „Mamo, czy to oznacza, że musimy iść na ekonomię i będziemy musiały prowadzić firmę? Odpowiedziałam im: „Jeżeli jedna z was będzie chciała, to tak, a jeśli nie, będziecie tylko właścicielami naszej rodzinnej firmy, nie musicie kierować nią i nie musicie wcale iść na ekonomię. Jeżeli wolicie medycynę czy studia artystyczne, to tak zróbcie”. Bardzo często ludzie kończą nieodpowiednie studia. Przyznam, że kiedy sama miałam 19 lat i zdaną maturę, nie bardzo wiedziałam, co ze sobą zrobić. Moja mama studiowała ekonomię, ale w czasie komunizmu, kiedy uczono Marksa. Dlatego mówiła mi, że to nie są dobre studia. Nie wzięła pod uwagę, że czasy się zmieniają, to było na początku lat 90-tych. Postanowiłam więc, że pójdę na kierunek językowy, angielski i francuski. Wytrzymałam pół roku, to było straszne. Lubię języki, lubię rozmawiać z ludźmi, a te studia polegały na badaniu, skąd pochodzi gramatyka, z łaciny czy też nie, a mnie takie rzeczy w ogóle nie interesują.

IW: Jakie zainteresowania mają córki?

TB: Jedna wybrała w liceum biochemię, być może zostanie weterynarzem, ale jeszcze nie jest pewna, a druga jest uzdolniona humanistyczne, myśli o aktorstwie albo prawie. Na pewno żadna z nich nie chce iść na studia ekonomiczne, ale to nie jest ważne.

Impresja: typowy dzień

IW: Czy mogłabyś opisać Twój typowy dzień? Jak można sobie wyobrazić życie kobiety, która prowadzi własną firmę i ma rodzinę? 

TB: Zawsze wstaję o 5:00 rano, mam wtedy najbardziej efektywną godzinę, do głowy przychodzą mi różne pomysły. Często pod koniec dnia nie chce mi się czegoś robić - albo mi to nie wychodzi – i zostawiam to na rano, wtedy robię to w 10 minut, np. zestawienie sprzedaży czy trudny mail do klienta. Między 6:00 a 8:00 budzę dzieci i wysyłam je do szkoły. Pracę zaczynam o 8:00, pracownicy przychodzą o 9:00. Często w ciągu dnia jestem poza biurem, jadę do klientów albo na jakieś inne spotkanie, a jeżeli jest konferencja, którą obsługujemy, też tam zawsze jadę, żeby zobaczyć, czy wszystko jest dobrze przygotowane, czy tłumacz dobrze tłumaczy. Często przed zamknięciem biura wracam, żeby zobaczyć, co się dzieje. Biuro działa do 18:00, ale często zdarza się, że klient potrzebuje tłumaczenia nagle, o 20:00 albo 21:00, wtedy się tym zajmuję.

IW: Niewiele śpisz.

TB: Ale ja w ogóle jestem osobą, która niewiele śpi, to jest rodzinne. Mój ojciec też wstaje o 5:00. Kiedy pracowałam w korporacji, wstawałam wcześnie i czytałam jakąś książkę albo wiadomości w Internecie, ale teraz odkryłam, że to jest bardzo efektywny czas. Często robię więcej przez tę pierwszą godzinę niż kolejne trzy albo cztery. Nie dzwonią wtedy telefony, jest cicho.

wtorek, 2 września 2014

Ciekawostki ze świata - Stereotypy...

Chciałabym wrócić do ciekawego tematu stereotypów. Jak zapewne wiecie, stereotyp przyjęty może być przez jednostkę w wyniku własnych obserwacji, przejmowania poglądów innych osób, wzorców przekazywanych przez społeczeństwo, może być także wynikiem procesów emocjonalnych. Stereotypy mogą być negatywne, neutralne lub pozytywne, chociaż najczęściej spotyka się wyobrażenia negatywne. Stereotyp jest przekonaniem zbiorowym – jest to przekonanie żywione przez pewna grupę ludzi. Jest wyrażany w zdaniu ogólnym (na przykład „(Wszyscy) Polacy są nieporządni”).
 
W tym tygodniu, chciałam wam podać typowe stereotypy o anglików:
  • Anglik jest zawsze chudy, co wynika z tego, że zamiast jeść, korzystając z nieuwagi żony/gospodarza/kelnera wyrzuca jedzenie do śmieci. Każdy, kto odwiedził kiedyś Wielką Brytanię, wie dlaczego. Dzień Anglika jest zawsze taki sam - rano wyrzuca typowe brytyjskie śniadanie, na które składa się sok z nieświeżej pomarańczy, tłusta zielonkawa kiełbaska i zgniłe jajka na kawałku tłuszczu zwanym bekonem W południe wyrzuca kanapkę z gąbki zwanej chlebem, wieczorem zaś stek z wściekłej krowy.
     
  • Anglik pracuje wyłącznie w City. Konkretnie jest tam księgowym. Chodzi tam w czarnym garniturze z kamizelką i w meloniku, pod jedną pachą mając parasol, a pod drugą teczkę. Punktualnie o piątej, niezależnie od tego, co się dzieje, Anglik wypija herbatę. Podobno Dywizjon 303 osiągnął w czasie wojny tak dobre wyniki, ponieważ jego piloci nie puszczali dokładnie o piątej sterów, by łyknąć cejlońskiej lury z mlekiem.
     
  • Po pracy Anglik wpada do pubu, gdzie wypija ciepłe piwo i dyskutuje z innymi księgowymi w garniturach i melonikach o futbolu i polityce. W głębi duszy każdy Anglik jest nacjonalistą, izolacjonistą i faszystą, kocha swoją królową, księcia Karola i Michaela Owena. Przed snem Anglik tradycyjnie odmawia litanię do królowej Wiktorii i pomstuje kilka minut na generała Pinocheta oraz Unię Europejską.
     
  • Anglik jak wiadomo żyje w imperium, niewielkim obecnie terytorialnie, za to olbrzymim duchowo. To Anglia wydała autorytety moralne w rodzaju Spice Girls, Benny Hilla, Noela Cowarda oraz producentów filmów z cyklu 'Carry on!' (u nas znanych jako 'Do dzieła…'). Stąd też wynika niezwykła kondycja intelektualna tego narodu. Każdy dziennik na Wyspach na trzeciej stronie zamieszcza zdjęcie gołej pani z wielkim cycem, te zaś, które tego nie czynią, swój niewielki nakład podnoszą, publikując nagłówki typu: 'Szympans i kosmici z Tralfamadorii - cała prawda o seksualnym skandalu w centrum East Endu'. Anglik mówi niewyraźnie, co wynika z nadmiaru tradycyjnej, brytyjskiej flegmy.
     
  • Podsumowując, Anglik jest nudny, tępy, ksenofobiczny, uprzedzony, nadęty i wyjątkowo głupi.
Ja zazwyczaj nie zgadzam się ze stereotypami a tutaj w ogóle nie uznaje tych stereotypów jako prawdziwe. A Wy jakie zdania macie na ten temat?

29/2013

wtorek, 26 sierpnia 2014

Ciekawostki ze świata - o winach z Węgier

Czy wiedzieliście, że Węgry to jeden z najważniejszych wschodnioeuropejskich producentów wina. Powszechnie znane powiedzenie „nie masz wina nad węgrzyna” stawia Węgry w czołówce światowych potentatów tego trunku. Mimo, że Węgry są niewielkim powierzchniowo krajem, są tam aż dwadzieścia dwa regiony uprawy winorośli. Stąd też rozmaitość gatunków win – od lekkich, białych z gór Matry nad Balatonem, przez wytrawne, czerwone z Egeru czy Villany, aż po ciężkie, złociste z Tokaju. Każdy region uprawy winorośli posiada swój szczególny rodzaj wina.

W tym tygodniu pozwolę sobie przedstawić wam kilka najważniejszych regionów produkcji win na Węgrzech:
  • Tokaj-Hegyalja – gorące lata, chłodne zimy, długa i piękna jesień dają w tym regionie wina o wysokim poziomie słodyczy i równoważącej ją kwasowości. Biorąc pod uwagę dodatkowo wysoki poziom alkoholu wszystko to odnaleźć można w Tokaju – znanym Aszu czy Szamorodnim. Uprawia się tu Furmint – idealnie poddający się szlachetnej pleśni, o dobrej kwasowości i aromatycznym bukiecie; Harslevelu – bardziej krzepki i pełniejszy w smaku; Yellow Muscat – o wysokiej kwasowości i przyjemnym zapachu.
      
  • Eger – region znany przede wszystkim z byczej krwi – Egri Bikaver, z powodu której cieszy się sławą na całym świecie. Te znane wina produkuje się na bazie kekfrankos, Cabernet, Merlot i Kekoporto. Z białych win wytwarza się tu Leanykę – lekko słodką, owocową, o harmonijnym smaku; włoski Rizling – przyjemny, harmonijny, o charakterystycznym zapachu i kwasowości oraz Tramini o właściwym sobie zapachu, znani producenci to: Vincze Bela oraz Tibor Gal.
     
  • Badacsony – białe wina produkowane w tym regionie cieszą się dużym uznaniem smakoszy. Znajdujące się tu, pełne słońca winnice, znane są z uprawy włoskiego Rizlinga, jednocześnie najpowszechniejszego w tym miejscu, o przyjemnym smaku, delikatnej kwasowości i wyjątkowym zapachu gorzkich migdałów. Jednym ze sławniejszych miejscowych win jest też Szurkebarat (szczep Pinot Gris) posiadające pełny aromat, harmonijne, z wysoką zawartością alkoholu. Unikalne, wysokiej klasy wino Keknyelu, u nas niespotykane, posiada dyskretny korzenny zapach. Tutejszy Muscat Ottonel natomiast jest delikatny, aromatyczny, o małej kwasowości. Z reguły wina tego regionu są bogate i ekstraktywne.
     
  • Balatonfured-Csopak – region ten, jak sama nazwa wskazuje, dzieli się na dwa podregiony. Uprawia się tu głównie: Włoski Rizling, o wyjątkowo pięknym, zielono-białym kolorze, o lekko korzennym smaku. Produkuje się również furmint o dobrej kwaskowatości i pięknym zapachu oraz Rislingszlivani. Wina z podregionu Balatonfured mają więcej alkoholu, są cięższe i pełniejsze. Te z Csopak są nieco skromniejsze, lżejsze, za to bogatsze w zapachy i bukiet. Dookreślająca je kwasowość związana jest z podłożem wapiennym, na którym hoduje się winorośl.
     
  • Villany – region o klimacie śródziemnomorskim, gorące lata, łagodne zimy z dużą ilością słońca powodują, że najczęściej uprawia się tu: Kekoporto, Kekfrankos i Cabernet Sauvignon – o ciemno-rubinowej barwie, krzepkie o korzennym bukiecie. Godne zauważenia są też: Harslevelu – białe wino o kwiatowym bukiecie, Włoski Rizling – w tym klimacie rozgrzewające wino, a także Leanyka – szlachetna i elegancka, ale dość krzepka.
     
  • Etyek-Buda – region znany głównie ze swych win musujących, szczególnie „szampanów” popularnej firmy Torley. Odmiany tu uprawiane to: Chardonnay, Olaszrizling, Rizling (reński), Pinot Blanc, Sauvignon Blanc – wytrawne, aromatyczne, zdecydowanie kwaskowe.
     
  • Szekszard – region uznawany za rywala Villany. Uprawia się tu: Kadarkę, Kekfrankos, Cabernet Sauvignon, Cabernet Franc – szlachetna odmiana o charakterystycznym aromacie. Z białych odmian natomiast wytwarza się tu: Chardonnay i Olaszrizling, oba pełne i bogate w aromaty. Węgrzy uważają również, że to wino Szekszard zainspirowało Szuberta do napisania słynnego kwintetu Pstrąg. Pijał je nawet papież Pius IX w 1865 roku.
     
  • Sopron – jeden z najstarszych regionów winiarskich Węgier. Tutaj praktycznie nie ma mieszkańca, który by nie miał winnicy i piwnicy na wina. Uprawia się między innymi przyjemnego, aksamitnego Kekfrankos, chyba najlepszego na Węgrzech. Poza tym uprawia się: Zweigelt, Cabernet Franc, Zoldveltelini (Gruner Veltliner), Sauvignon Blanc. 
28/2014

wtorek, 29 lipca 2014

Ciekawostki ze świata - ze świata zwierząt

W tym tygodniu podam wam 15 krótkich ciekawostek ze świata zwierząt:
  1. Pewne ptaki z południowo-wschodniej Azji – salangany budują gniazda, z których (gdy są puste) przyrządza się znany chiński specjał: zupę z gniazd.
     
  2. Dorosłe łososie, wracając na tarło do rzek, w których przyszły na świat mogą przepłynąć do 2500 km.
     
  3. Pustułka – ptak drapieżny występujący w Polsce potrafi dostrzec zdobycz z wysokości 1,6 km. Dodatkowo ten ptak jest w stanie namierzyć dobre tereny łowieckie, bo widzi w nadfiolecie. Ślady smug moczu gryzoni odbijają nadfiolet, więc teren, na którym widać dużo smug musi obfitować w zdobycz.
     
  4. Rybitwa szara to ptak, który bije wszelkie rekordy jeśli chodzi o długość migracji sezonowej. Co roku ptaki te odbywają lot ze swoich terenów lęgowych w Arktyce na Antarktydę i z powrotem. Trasa liczy ok. 50 000 km.
     
  5. Kret podczas patrolowania swych podziemnych tuneli napotyka bezkręgowce, które stanowią jego pożywienie. Gdy jest najedzony, tylko nadgryza zdobycz, żeby nie uciekła i zostawia ją sobie na później.
     
  6. Samiec dzioborożca zamurowuje samicę w dziupli na czas wysiadywania jaj i karmienia piskląt. Jest to rodzaj ochrony przed drapieżnikami. Zostawia on tylko wąską szczelinę w „murze”, przez którą podaje samicy jedzenie.
     
  7. Jedynymi małpami żyjącymi w Europie są magoty. Można je spotkać tylko na Giblartarze. Gatunek ten cechuje całkowity brak ogona.
     
  8. Ptak o nazwie miodowód i afrykański ratel (krewniak borsuka) nawiązały ciekawą formę współpracy. Miodowód doprowadza ratela do gniazda pszczół, które ten rozbija, by wyjeść miód. Natomiast miodowód, który sam z gniazdem nie poradziłby sobie wyjada później pozostawione larwy i wosk. Ratel uwielbia miód i stąd się wzięła jego łacińska nazwa Mellivora czyli „miodożerca”.
     
  9. Najliczniejszym gatunkiem ptaka jest afrykański wikłacz czerwonodzioby (bliski krewniak wróbla). Na wolności żyje około 1,5 mld osobników tego gatunku.
     
  10. Australijskie mrówki miodowe mają zwyczaj poić niektóre robotnice zebranym nektarem do tego stopnia, że rozdęcie odwłoków nie pozwala im chodzić. Wtedy to zostają one zawieszone w ich podziemnych korytarzach i służą za spiżarki dla całej kolonii.
     
  11. Największym ssakiem lądowym, jaki kiedykolwiek zamieszkiwał Ziemię było zwierzę o nazwie Baluchiterium. Było najbliżej spokrewnione z żyjącymi współcześnie nosorożcami. Ważyło około 30 ton, mierzyło ponad 5 m wysokości.
     
  12. Do lat 40-tych XX wieku na Ziemi żyło 8 podgatunków tygrysa. W tych latach wymarły 3 z nich: irański, jawajski i balijski. Pozostałe 5 podgatunków zagrożonych jest wymarciem: tygrys bengalski – ok. 4000 osobników, tygrys indochiński – ok. 1275, tygrys sumatrzański – ok. 525, tygrys syberyjski – ok. 175 i tygrys południowochiński – ok. 25. Żyje więc obecnie w naturze około 6000 tygrysów i jest to liczba alarmująca.
     
  13. Renifer to jedyny przedstawiciel rodziny jeleniowatych, u którego poroże noszą zarówno samce jak i samice.
     
  14. W naturze bananowce zapylane są wyłącznie przez nietoperze.
     
  15. Spośród znanych nauce gatunków 70% stanowią zwierzęta, a tylko 18% rośliny wyższe. Reszta to grzyby, glony, pierwotniaki i bakterie. Aż 75% wszystkich zwierząt to owady.
27/2013

wtorek, 22 lipca 2014

Ciekawostki ze świata - Węgry: kąpieliska i wody termalne

Węgry mają jedne z największych w Europie (po Islandii) zasoby powierzchniowych wód termalnych. Pod ziemią ukryte są ogromne ilości gorącej wody, która ma właściwości lecznicze. Na Węgrzech znajduje się około 1300 wypływów wód termalnych, przy których zbudowano kąpieliska, baseny lecznicze lub hotele zdrojowe. W samym Budapeszcie znajduje się około 80 źródeł wód termalnych, a reszta rozsiana jest po całym kraju. W tym tygodniu przedstawię wam najbardziej znane kąpieliska w Budapeszcie i na Węgrzech:

W Budapeszcie:

Kąpielisko Gellért - Jest to najsłynniejsze kąpielisko Budapesztu, symbol miasta. Pierwsze wzmianki o bijących w tym miejscu źródłach, które mają cudowną moc pochodzą z XV wieku. Legenda mówi, że z mocy tej wody korzystała też św. Elżbieta, lecząc nią ludzi biednych i chorych na trąd.
 
Zespół Kąpielisk Széchenyi - Jest to pierwsze kąpielisko lecznicze Pesztu - lewobrzeżnej części Budapesztu. "Przodkiem" tego kąpieliska było kąpielisko artezyjne z 1881 roku zasilane wodą termalną ze studni mającej głębokość prawie 1000 m.  W 1927 r. kąpielisko powiększono dobudowując basen kryty oraz pływalnię. W ten sposób kąpielisko stało się wówczas największym tego typu obiektem w Europie, a i dziś nadal zalicza się do jednych z największych.  Od 1938 r. kąpielisko zasilane jest ze studni o głębokości 1256 m wodą, której temperatura wynosi 76 stopni.

Łaznia Rudas - Źródła zasilające łaźnię Rudas znane są od czasów, gdy na te tereny przybyli przodkowie dzisiejszych Węgrów. Obecną łaźnię w XV wieku zbudował pasza turecki Mustafa Sokollu i od tego czasu niemal w takim samym stanie działa i przyjmuje gości. Woda jest lekko radioaktywna. Woda źródła Juventus stosowana jest w formie kąpieli służącej odmładzaniu, na co wskazuje też nazwa źródła.

Łaźnia Królewska - Budowę kąpieliska rozpoczął w 1565 roku pasza turecki Arslan, aby podczas oblężenia, w chronionym wałami obronnymi mieście znajdowała się również łatwo dostępna łaźnia. Nastrój XV wieku panuje w każdym zakątku. Kąpielisko za czasów tureckich zasilane było wodą ze źródła Łukasza, a wodę doprowadzano rurami wykonanymi z drzew sosnowych. Obecnie kąpielisko działa na podobnej zasadzie, z tym że rury są wykonane z innego tworzywa. Dzisiejszą formę kąpielisko otrzymało po przebudowie w 1796 roku. Łaźnia jako zabytek reprezentuje bogactwo tureckiej kultury kąpielisk i łaźni.

Poza Budapeszt:

Balf - Balf położony jest u stóp Alp, na brzegu jeziora Fertő, 7 km od Sopronu i 75 km od Wiednia. Gorące wody źródeł znane są już od czasów rzymskich. W bezpośrednim sąsiedztwie Balf znajduje się jedno z najładniejszych miast Węgier, Sopron, z pałacem Eszterházych zwanym węgierskim Wersalem, a także słynna kopalnia kamieni Fertőrákos.


Hévíz - Hévíz jest najbardziej znanym i największym kąpieliskiem Węgier. Miasto położone jest w obszernej kotlinie, 6 km od Kesztehely, w północno-zachodnim rogu Balatonu. Jedyne na świecie termiczne jezioro o głębokości 36 m zajmuje powierzchnię 4,7 hektarów. Temperatura wody latem wynosi 33-34 stopni, przy najsroższej zimie nie spada poniżej 26 stopni. Wydajność źródła jest tak duża, że w ciągu 28-30 godzin następuje całkowita wymiana wody jeziora.

Eger - Najpiękniejsze barokowe miasto Węgier leży w odległości 120 km od Budapesztu. Jeden z najstarszych zamków w kraju, który pomyślnie stawiał opór tureckim najeźdźcom w 1552 roku, został zdobyty dopiero wiele lat później. Tutejsze źródła znane były już w średniowieczu, ale ich kariera rozpoczęła się w czasach tureckich. Jedna z tych tureckich łaźni działa po dziś dzień.

Miskolc-Tapolca - Tutaj znajduje się ewenement na skalę europejską - kąpielisko termalne w jaskini. Woda lecznicza ma temperaturę 28-35 stopni. Powietrze jaskiń jest wolne od bakterii, dlatego świetnie leczy choroby układu oddechowego i astmę.

Mezőkövesd-Zsórifürdő - Znana w Europie ze sztuki ludowej i pięknych strojów ludowych miejscowość Mezőkövesd leży 140 km od Budapesztu, a w jej pobliżu znajduje się kąpielisko Zsórifürdő. Woda wydostająca się z głębokości 800 m ma temp. 72 stopni.

Debrecen - Debrecen, centrum kulturalne, naukowe, artystyczne i religijne, położony jest w odległości 230 km od Budapesztu. Centrum kalwinizmu węgierskiego, często zwane Rzymem kalwińskim. Od 1960 roku jest to wyjątkowe miejsce kuracji. Kąpielisko zajmuje teren 11 tys. Hektarów.

26/2013

czwartek, 17 lipca 2014

Ciekawostki ze świata - ciekawostki ze świata dot. metra

W tym tygodniu przejrzyjmy ciekawostki związane z londyńskim metrem. Oto 13 faktów do zapamiętania :)

  1. Metro w Londynie jest najstarszym metrem na świecie i w tym roku obchodzi 150. urodziny. Pierwsi pasażerowie wyruszyli linią Paddington – Farringdon 10 stycznia 1863 roku. Ceremonii otwarcia przewodniczyła królowa Wiktoria.
     
  2. Metro przewozi ponad 3 miliony pasażerów dziennie.
     
  3. W latach 2011-2012 londyńskie metro przewiozło rekordową liczbę pasażerów, a liczba podróżnych osiągnęła 1 171 miliarda.
     
  4. Metro w Londynie znane jest jako „the tube”, czyli „rura”, co pierwotnie odnosiło się do najniższych linii metra, z których korzystały pociągi o mniejszym, półokrągłym przekroju, w odróżnieniu do położonych wyżej linii zbudowanych wcześniej i wykorzystujących lokomotywy parowe. Termin ten stosowany jest obecnie jako nazwa całej sieci metra.
     
  5. W celu ujednolicenia oznakowań stacji powstało charakterystyczne logo: czerwony okrąg z poziomą granatowa belką i napisem „underground” w środku. W 2008 roku znak ten obchodził setną rocznice powstania.
     
  6. Mapę ze schematem całego systemu zaprojektował Harry Beck, inżynier i pracownik metra. Beck uznał, że może zrezygnować z odwzorowania realnych odległości pomiędzy stacjami, bo nie są one aż tak ważne, gdy podróżuje się pod ziemią. Charakterystyczne mapki metra dostępne są na każdej stacji.
     
  7. Średnia prędkość pociągu metra wynosi 33 km/h.
     
  8. Każdy pociąg metra przejeżdża w roku 184 269 km.
     
  9. Długość sieci metra wynosi 402 km.
     
  10. Codziennie ponad tysiąc osób zostawia coś w metrze. Wszystkie przedmioty przekazywane są do biura na Baker Street, zatrudniającego 40 osób na pełen etat. W każdym momencie biuro przechowuje 200 tysięcy zagubionych rzeczy; niektóre z dziwniejszych przedmiotów trzymanych tam w przeszłości to samurajskie miecze, sztuczne szczęki, trzy martwe nietoperze i czterometrowa łódka. Przedmioty nieodebrane po trzech miesiącach są sprzedawane na aukcji lub przekazywane na cele charytatywne.
     
  11. Albus Dumbledore, postać z serii o Harrym Potterze, ma bliznę w kształcie mapy metra nad lewym kolanem.
     
  12. Karta Oyster została wprowadzona do londyńskiej sieci transportu w 2003 roku. Od tamtej pory wydano 55 mln kart Oyster. Można z niej korzystać również na najnowszym dodatku do gigantycznego systemu transportowego w stolicy, czyli Emirates Air Line, pierwszej miejskiej kolejki linowej w Wielkiej Brytanii, z której rozciąga się widok na Londyn nad Tamizą.
     
  13. Rząd brytyjski przeznaczy 16 miliardów funtów na modernizację metra do 2030 r.
25/2013