sobota, 28 listopada 2015

Angielski z BALAJCZA



Ciekawy idiom angielski na ten tydzień: a slip of the tongue ...


To oznacza po polsku: przejęzyczenie :) 

Przykład: "It was just a slip of the tongue but in politics it may cost you your career."

wtorek, 6 października 2015

Hiszpańszczyzna obczyzna

Początki mieszkania za granicą, jak to początki, były łatwe i przyjemne. Młoda kobieta zza żelaznej kurtyny mogła mówić jak potrafiła, bo i tak chciano ją zrozumieć. Z czasem cudzoziemców zjechało się wielu, młoda kobieta stała się kobietą dojrzałą, pojawiła się zwykła codzienność, nimb odmienności zniknął, a do tego nie wszystko było już nowe, ciekawe i fascynujące.

Zacznijmy od tego, że okazało się, iż na długą metę egzotyczne odmiany posiadanego imienia a i nawet nazwiska, męczą. Wystarczy wspomnieć, że moje panieńskie nazwisko zaczynało się na „cz”. Z imieniem też nie jest łatwo, choć dla Polaka wymówienie słowa „Lucyna” wydaje się absolutnym banałem. Niestety, twarde „y” nie przechodzi ani próby angielskiego, ani francuskiego, ani hiszpańskiego... „Luczina”, „Luci”, „Lusena”, „Lucija”, nawet „Lucziana”... Jeśli dodać do tego zmasakrowane nazwisko, to na dłuższą metę zaczynają się problemy z tożsamością. Nie raz zdarzyło mi się nie zareagować na wywołanie np. w przychodni. Za to zdarzyło mi się podskoczyć jak oparzona, kiedy zawołano mnie bezbłędnie. Dziesięć lat dało się mocno odczuć i zdecydowałam przyjąć nazwiska męża, choć wiąże się to z nieskończoną listą formalności do przeprowadzenia w dwóch krajach. Teraz jest zabawniej w Polsce. Na pytanie: „jak się pani nazywa?” odpowiadam jak maszyna „López, jak Jennifer López”. To normalne, mówię jak Polka, imię mam polskie, nikt nie spodziewa się cudzoziemskiego nazwiska, więc już uprzedzam pytanie: „JAK?”. Dziękuję ci Jennifer! Raz tylko nie mogłam opanować wybuchu radości, kiedy zadzwoniono do mnie z banku i usłyszałam poważne pytanie, „czy rozmawiam z panią Lupez?”. A już myślałam, że będzie łatwo...

Tak się niestety dzieje, że osoba mówiąca z akcentem, z brakami w słownictwie, sprawia wrażenie nie do końca rozgarniętej. Dał mi odczuć niższość intelektualną mój własny syn, kiedy to jako sześciolatek przyszedł dumny i blady ze szkoły z nowinką, że zwierzęta dzielą się na żyworodne i jajorodne. Nie spotkałam się z tymi słowami wcześniej poza językiem polskim i niezrozumienie z mojej strony młody człowiek skwitował: „jak ty mało mamo wiesz” i ciężko westchnął. W małej główce trudno było rozróżnić wiedzę od znajomości języka. Do dziś, choć przerobiłam i jajorodne, i byliny i nawet gorsze zawiłości świata przyrody, fizyki, historii i geografii, trudno mi jest np. odpytać go z lekcji. Zadaję zupełnie normalne pytanie, a młodzieniec patrzy na mnie krzywo i ... nie wie jak odpowiedzieć. Bo „pani” pyta inaczej. Nie mówiąc o tym, że nawet tak proste operacje jak dzielenie odbywa się tu inną drogą i najpierw ja musiałam się nauczyć, a potem dopiero sprawdzać zadania. W przyszłym roku idę do gimnazjum! Mam przeczucie, że z tego rodzaju przyczyn dzieci nie chcą się uczyć języka swoich „dziwnie mówiących” rodziców, jakby nie chciały, żeby ta przypadłość nie przeszła na nie. Obserwuję to szczególnie wśród tych, które nie jeżdżą do Polski i żyją w mieszanych małżeństwach.

Nie tylko dziecko miewa wątpliwości, co do rozgarnięcia cudzoziemca. Inna trudność, to pojedynek na słowa z wszelkiego rodzaju fachowcami. Obojętnie czy z hydraulikiem, czy z lekarzem. Oba zderzenia są czołowe. Był okres męki piekielnych np. w gabinecie pediatry, gdzie trudno było mi opowiedzieć o poszczególnych objawach tajemniczych niedomagań niemowlęcia, tyrady o wykrztuszaniu, wysypce, ogólnie o fizjologii i jej objawach mam już opanowane, ale przed wizytą chorej na serce mamy buszowałam dobrą chwilę po Internecie i wbijałam sobie do głowy na co choruje, żeby w razie czego szybko to wyartykułować bez żenującego opowiadania „prostymi słowami”. Męki byłyby mniejsze gdyby nie to, że lekarz widząc moje trudności nie raz zaczynał mówić wolniej, a nawet głośniej, co z kolei jeszcze bardziej mnie peszyło i jeszcze trudniej było mi się wysłowić. Bo jak z kolei przekonać go, że kiedy będzie mówić „normalnie”, to lepiej go zrozumiem...

Ogólnie trudne jest wpasowanie się zawsze i w każdej sytuacji w odpowiedni rejestr języka. Inny jest język urzędników, inny „pani w szkole”, inaczej rozmawia się z sąsiadką, a inaczej z notariuszem. Naturalnie umiejętności tych nabiera się z czasem i w miarę nie zawsze przyjemnych doświadczeń. Bardzo brakuje umiejętności pisania pism, znajomości procedur prawnych, systemu szkolnictwa, itp. Nie tylko nie rozumiemy słów, ale nie rozumiemy otoczenia, w którym się poruszamy, ponieważ dopiero z czasem i już jako dorośli ludzie uczymy się wszystkiego tego, co w naszym wieku trzeba już wiedzieć od dawna. To też powoduje, że odbiera się na nas, w zależności od poziomu rozmówcy, z politowaniem lub z życzliwej postawy nauczyciela. Rzadziej w relacja równego z równym. Obojętne podejście bywa wytchnieniem w codziennych zmaganiach. A zmagamy się w wielu dziedzinach. Język jest potrzebny nawet do robienia zakupów. Pomimo globalizacji, nie wszystko jest podobne. Wejdźmy do sklepy spożywczego: w dziale warzywnym – nie tylko trzeba nauczyć się nazw znanych warzyw i owoców, trzeba też poznać i rozpoznawać nowe, nieznane. W dziale mięsnym, kto nie chce żywić się wyłącznie kurczakiem, musi się nauczyć innego rozbioru mięsa, wraz z odpowiednim słownictwem; jeśli nie chce ciągle jeść parówek, musi poznać wiele rodzajów wędlin, z odpowiednim nazewnictwem. Nie mówmy już o dziale rybnym. Nie tylko rybą dział rybny stoi. Pełno w nim różnych stworzeń w Polsce mało znanych. Nie ciesz się za wcześnie, jeśli już wiesz co to „chipirones”, bo w innym regionie mogą oznaczać zupełnie innego głowonoga. Idąc śladem jedzenia, to zamówienie jedzenia w restauracji też nie jest proste. Bo co to takiego „dzielne ziemniaki” („patatas bravas”)? Nie każde danie ma powszechnie zrozumiałą nazwę jak taka poczciwa „zupa czosnkowa”.

Na początkowym etapie żyłam w kokonie ogniska domowego składającego się wyłącznie z osobników płci męskiej i niestety długo nie wiedziałam, że mówię jak... mężczyzna. Nie słyszałam do końca „soczystości” języka i byłam w stanie zakląć niechcący jak szewc nie zdając sobie sprawy z tego jak mocno brzmią moje słowa. Z czasem wszystko się wyjaśniło, ale wiem, że jestem w stanie bez większego problemu użyć sformułowań, których odpowiedniki w języku polskim po prostu nie przeszłyby mi przez gardło. Z drugiej strony, słowo „kocham” powiedziane po polsku znaczy więcej niż wymówione w obcym języku. Ogólnie, kiedy w grę wchodzą emocje, język polski sam ciśnie się na usta. Objawia się to tym, że choć do dziecka mówię raz tak, raz tak, kiedy jestem zdenerwowana mówię właściwie zawsze po polsku. Dla równowagi, przy wieczornym przytulaniu również rozmawiamy przede wszystkim po polsku. Potrafię wyrazić te same emocje w różnych językach, ale w moich uszach nigdy nie brzmią jak powinny i pewnie już nie będą.

Będąc cudzoziemcami jesteśmy śmiertelnie dosłowni. Po usłyszeniu pytania „co tam u ciebie”, zamiast spokojnie odpowiedzieć „ok, a co u ciebie” po czym przejść do sedna, długo zaczynałam rzeczywiście na to pytanie odpowiadać. A tu okazuje się, że nawet jeśli mąż mnie o to pyta, to wcale nie chce żeby mu zdawać relację z dnia. Nie raz wybudziłam go ze snu, kiedy przychodząc do łóżka słyszałam sakramentalne „jak się masz/co tam słychać” i spokojnie odpowiadałam, że fajnie, ciekawy reportaż oglądałam, szkoda tylko, że tak późno się skończył... i wybijałam biedaka ze snu.  A on chciał tylko powiedzieć “o, jesteś”. I spać dalej. Podobnie z „zadzwoń, umówimy się”, które oznacza „zdzwonimy się”, czyli kompletnie nic. Tyle, że w hiszpańskiej rzeczywistości trzeba ten czasownik odkodować, bo forma jest taka sama, jak w rzeczywistej propozycji umówienia się w przyszłości.

Po tej liście, zdawałoby się utyskiwań, trzeba dodać jeden ważny w moich oczach niuans: nie żyje się łatwo nam, cudzoziemcom, ale również nie jest łatwo obcować z nami cudzoziemcami. To, co chcemy przekazać nie zawsze jest jasne i nawet przy najlepszych chęciach może być źle zrozumiane. Czasami przy dłuższych rozmowach ja się wyłączam, czasami mój rozmówca przytakuje, choć widzę, że niekoniecznie mnie zrozumiał. Od tego, czy komunikacja jest możliwa czy nie, zależy czy dwie osoby są w stanie porozumieć się na poziomie pozajęzykowym.

I dość tych narzekań. Wielojęzyczność i wielokulturowość to prawdziwy skarb. Ileż to razy śmialiśmy się do rozpuku z zabawnych nieporozumień, jak kiedy z całą powagą oświadczyłam podczas wspólnego gotowania ze szwagierką, że mój świeżo poślubiony mąż „cumple”, czyli „sprawdza się” w domu. Nie sądziłam, że ten rodzaj próby odbywa się głównie w sypialni. Jestem niezastąpionym słuchaczem tutejszych dowcipów z siwą brodą, uwielbiam poznawać nowe przysłowia, które czasami bawią mnie tygodniami. Jedno z ulubionych to „mało nas było i babcia powiła dziecię”. Nietrudno się domyślić, że chodzi o pojawienie się nowego problemu, ale... jak to ładnie brzmi. Również i ja bawię towarzystwo polskimi mądrościami, przysłowiami i dowcipami. Wszyscy się wzbogacamy.

Czuję się dobrze z tym, że już nie muszę oglądać telewizji z napisami dla osób niesłyszących, nie jest problemem rozmowa przez telefon, zaczynam sobie nawet radzić z różnymi akcentami, andaluzyjskim, galisyjskim, zaczynam rozumieć Katalończyków. Za baskijski się nie chwytam, po kaszubsku w końcu też nie mówię, tłumaczę sama sobie. Dzięki pobytowi tutaj odkryłam, że mówię po śląsku, bo tutaj bardziej pielęgnuje się różnice, o których u nas mówi się mniej. Może troszeczkę zaczynam źle odmieniać rzeczowniki, ale o to już dba moja mama, nie odpuszcza i wytyka każdy błąd.

Nie jestem ani szczęśliwa, ani nieszczęśliwa, że mieszkam za granicą, ale wiem jedno: w wielojęzycznej rodzinie, w moim przypadku praktycznie trójjęzycznej, trudno, żeby któreś z nas zaatakował Alzheimer, a dzieci nie mają szans na dysleksję. Niech żyje nieustanne ćwiczenie wyrażania myśli na różne sposoby i słuchania ze zrozumieniem!


Lucyna, tłumacz przysięgłe języka francuskiego i hiszpańskiego

środa, 23 września 2015

Angielski z BALAJCZA

Ciekawy idiom angielski na ten tydzień: to swear like a sailor ...

To oznacza po polsku: klnąć jak szewc :)

Przykład: "I don't like George; he's vulgar and swears like a sailor."

wtorek, 31 marca 2015

Ciekawostki ze świata - Historia kuchni węgierskiej

Gulasz czy leczo to węgierskie dania powszechnie znane w Polsce. Ale czy na pewno przyrządzane w polskich domach i restauracjach gulasze i lecza są wierne swoim węgierskim pierwowzorom? W tym tygodniu chciałam trochę omówić historię i charakterystykę kuchni węgierskiej :)
  • Współczesna węgierska kuchnia tradycyjna opiera się w dużej mierze na kulinarnej tradycji wędrownych plemion madziarskich, które zasiedliły Kotlinę Panońską na przełomie IX i X wieku. Plemiona te, zarówno przed osiedleniem się na terenie dzisiejszych Węgier, podczas swej kilkuwiekowej wędrówki z zachodniej Azji, jak i po nim opierały swoją dietę głównie ma mięsie pozyskiwanym dzięki polowaniom i hodowli. Stąd też tak duża ilość mięsnych potraw w kuchni węgierskiej.

 
  • Tradycyjna węgierska kuchnia taka, jaką znamy ją dziś, jest swego rodzaju mieszanką kuchni ziemiańskiej i chłopskiej, wpływów madziarskich i obcych, mieszanką, którą w dużej mierze stworzyli dziewiętnastowieczni węgierscy kucharze, tacy jak najsławniejszy z nich, słynny w całej Europie Károly Gundel, który w swych książkach o węgierskiej kuchni opisywał przepisy stworzone wprawdzie na podstawie dotychczasowej węgierskiej tradycji kulinarnej, ale będące raczej wariacjami na jej temat, niż jej wiernym, książkowym odzwierciedleniem.
     
  • Wśród węgierskich dań składających się z mięsa i warzyw, a gotowanych we wspomnianym bograczu, najważniejszymi są różnorodne rodzaje potrawek, które w języku polskim nazywa się gulaszem. Nie jest to określenie poprawne, bowiem węgierski gulyás (czy też gulyásleves) to rodzaj gęstej zupy z mięsa i warzyw.
 
 
  • Tymczasem tym co w Polsce, zresztą nie tylko, bo także np. w Czechach lub Austrii nazywane jest gulaszem, są węgierskie potrawy o nazwach pörkölt, tokány (pl. tokań) i paprikás (pl. paprykarz), różniące się rodzajem użytego mięsa, proporcjami mięsa i warzyw, sposobem krojenia mięsa czy też dodatkiem (lub nie), śmietany.
     
  • Jeśli mowa o śmietanie, to warto podkreślić, że wbrew przyjętym stereotypom węgierskie potrawy, mimo, że używa się w nich powszechnie papryki (sproszkowanej – ostrej i słodkiej, jak również surowej), a także pieprzu, nie są nadmiernie ostre, a to właśnie ze względu na to, że do wielu z nich dodawana jest, tak charakterystyczna dla kuchni środkowoeuropejskiej (m.in. kuchni byłej c.k. monarchii) śmietana, która łagodzi ich smak.
     
  • Warto w tym miejscu wspomnieć o jeszcze jednej obok gulaszu węgierskiej potrawie, która w Polsce żyje własnym życiem i różni się od swego węgierskiego pierwowzoru. Chodzi o leczo (lecso). W Polsce to rodzaj potrawki z różnorodnych warzyw, nierzadko z dodatkiem wędliny (kiełbas, parówek). Tymczasem węgierskie leczo składa się (a właściwie powinno się składać) jedynie z papryki, cebuli i pomidorów. Takie leczo nie stanowi potrawy samej w sobie. Jest raczej dodatkiem, na przykład do ryżu lub ziemniaków lub stanowi garnitur do dania mięsnego. 
 
  • Obok mięsa i warzyw niebagatelną rolę w kuchni węgierskiej odgrywają ryby słodkowodne. Przez Węgry przepływa bowiem wiele rzek, na czele z Dunajem i Cisą. Dziś wprawdzie rzeki te są dość mocno zanieczyszczone (aczkolwiek ryby żyją w nich nadal), ale onegdaj stanowiły niewyczerpane źródło ryb. Najsłynniejszą węgierską potrawą przyrządzaną z ryb jest zupa rybacka (halászlé), którą przyrządza się z mięsa karpi i sumów oraz, oczywiście, cebuli, papryki i pomidorów.
     
  • Warto także w kilku słowach przedstawić dwie charakterystyczne dla kuchni węgierskiej przekąski, jakimi są pogacze (pogácsa) i lángosze (lángos). Te pierwsze to podawane na słono (czasami nadziewane np. śmietaną lub  białym serem, czasami bez nadzienia) niewielkie bułki wytwarzane z ciasta wyrabianego z mąki, śmietany i drożdży. Są bardzo popularne nie tylko na Węgrzech, ale także na Słowacji, w Bułgarii, Rumunii czy Serbii. Langosze to z kolei rodzaj smażonych na tłuszczu placków z ciasta z mąki pszennej oraz drożdży i soli (czasami także mleka i startych ziemniaków), najczęściej podawanych ze śmietaną lub sosem czosnkowym, a także serem lub innymi dodatkami.
  • Jeśli chodzi o ciepłe napoje bezalkoholowe, to Węgrzy zdecydowanie preferują kawę od herbaty. Kawa trafiła na Węgry w XVI wieku wraz z Turkami i stały się Węgry jednym z pierwszych europejskich krajów, gdzie picie tego napoju zaczęło się upowszechniać.
39/2013

czwartek, 5 marca 2015

Ciekawostki ze świata - Znajomość języków obcych w Europie

Oto kilka wyników badań dotyczących znakomości języków obcych w Europie:
  • Dwie trzecie Brytyjczyków (62%) posługuje się tylko językiem angielskim. Wyniki badania pokazują, iż Wielka Brytania pozostaje daleko w tyle za innymi krajami unijnym w kwestii motywowania obywateli do nauki drugiego języka. 

 
  • Ponad połowa mieszkańców Europy włada biegle dwoma językami, a 28% zna dobrze trzy języki (w tym język ojczysty). Tymczasem w Wielkiej Brytanii jedynie 38% obywateli zna na tyle dobrze obcy język, by móc prowadzić konwersację.
     
  • W takich krajach, jak Włochy czy Portugalia większość mieszkańców posługuje się tylko ojczystym językiem. Natomiast największy odsetek osób znających tylko jeden język (w ogóle) odnotowuje się  w Irlandii (66%).
     
  • W Polsce odsetek osób posługujących się swobodnie przynajmniej jednym językiem obcym jest zbliżony do średniej europejskiej i wynosi 57%, do znajomości dwóch języków obcych przyznaje się 32% Polaków, a do trzech już tylko 4%.

 
  • Jak wynika z badaniach, większość Europejczyków uważa, iż znajomość drugiego, a nawet trzeciego języka w sposób zasadniczy wpływa na sukces osobisty i zawodowy. Niemal trzy czwarte mieszkańców Unii (73%) w nauce języków obcych upatruje większe możliwości dla młodych ludzi na znalezienie lepszej pracy. Natomiast 83% respondentów wierzy, iż umiejętność posługiwania się obcymi językami może być przydatna z osobistego punktu widzenia.
     
  • Badanie pokazuje, iż angielski pozostaje najszerzej znanym językiem w Unii. Używa go ponad połowa Europejczyków (51%) - jako języka ojczystego, bądź obcego. To zapewne tłumaczy niski poziom motywacji do nauki innych języków obcych wśród Brytyjczyków. Spośród trzech czynników, które respondenci wskazują jako utrudniające naukę języka obcego znalazły się: brak czasu (34%), brak motywacji (30%), a także wysokie opłaty za kursy językowe (22%).
38/2015

środa, 4 lutego 2015

Ciekawostki ze świata - o ludziach, którzy nagle zaczynają mówić z innym akcentem...

Każda osoba ucząca się języków obcych wie, że dobre opanowanie języka jest możliwe, choć trudne. Kłopotem jest na przykład dobre opanowanie akcentu. Praktycznie tylko dłuższe przebywanie w kraju, gdzie ludzie posługują się danym językiem, daje gwarancję jego „prawidłowego nauczenia się”. Tym bardziej wprawia w zdumienie fenomen ludzi, którzy nagle w wyniku wypadku zaczynają nie tylko mówić z innym akcentem, ale czasami wprost mówią w obcym języku. Także takim, którego nie mieli szans nigdy nawet posłuchać. Diagnoza brzmi „Zespół Obcego Akcentu”. To fenomen znany nauce, występuje bardzo rzadko i czasem prowadzi do komicznych nieporozumień.

Co to za choroba?
Syndrom obcego akcentu (ang. foreign-accent syndrome, FAS) jest bardzo rzadkim zespołem chorobowym, który polega na nabyciu akcentu lub wymowy w ojczystym języku, który brzmi obco, tak jakby osoba nim się posługująca była cudzoziemcem, bądź jakby pochodziła z innego regionu kraju. Podejrzewa się, że za tę zmianę odpowiada uszkodzenie obszaru mózgu odpowiedzialnego za mowę lub częściowa utrata zdolności motorycznych. Podejrzewa się, że na całym świecie istnieje około 60 osób, które niespodziewanie zaczęły mówić z zupełnie innym akcentem niż do tej pory.
Znane przypadki
  • Jedną z tych osób jest 49-letnia angielka Kay Russell z Bishops Cleeve, w Wielkiej Brytanii, która po serii migren, obudziła się i zaczęła mówić z… francuskim akcentem. Do tego wszystkiego doszły jej kłopoty z pamięcią i koncentracją. Angielka musiała zrezygnować z kierowniczego stanowiska w swojej pracy. Wcześniej Russel mówiła z akcentem typowym dla południa Wielkiej Brytanii – szybko i żywo. Teraz mówi niższym głosem, powoli, przeciągając samogłoski i z akcentem, który przypomina francuski, a czasem nawet wschodnioeuropejski.
     
  • Podobnie 30 letnia Sarah Colwill z Devon, cierpiąca bardzo często na ataki migreny, doznała tak silnego bólu głowy, że była zmuszona wezwać pogotowie. Kiedy obudziła się w szpitalu, jej akcent dotąd West Country brzmiał jak chiński. Lekarze wierzą, że wywołał to udar bądź uraz głowy, podczas którego drobny obszar mózgu związany z językiem, tonacją i wymową został uszkodzony.
     
  • Inny przypadek to rodowita Amerykanka, która po uśpieniu i zabiegu dentystycznym niespodziewanie zaczęła mówić po angielsku z obcym akcentem. Karen Butler nigdy nie wyjeżdżała z Ameryki Północnej, nie zna obcych języków, nigdy nie miała partnera z innego kraju. Po operacji to się zmieniło i Karen mówi w taki sposób, jakby wychowywała się na Wyspach Brytyjskich. Lekarze stwierdzili, że prawdopodobnie podczas operacji doszło u niej do mikroskopijnego uszkodzenia fragmentu mózgu odpowiadającego za mowę.
     
  • Tom Paterson, mieszkaniec szkockiego Largs miał wypadek samochodowy, w wyniku którego zapadł w śpiączkę. Przez sześć tygodni był w śpiączce. Po przebudzeniu musiał uczyć się od nowa chodzenia i mówienia i zaczął mówić z polskim akcentem. Tom jest obecnie szczęśliwym ojcem trojga dzieci. Zamierza wyjechać do Francji ze swoją rodziną.
     
  • Pochodzący z hrabstwa Yorkshire mężczyzna wprawił w osłupienie swoją rodzinę i cały personel medyczny, kiedy po przebytej operacji mózgu zaczął mówić w zupełnie inny niż dotychczas sposób. Chris Gregory, który nigdy nie był w Irlandii zaczął rozmawiać z typowym dla Irlandczyków akcentem. Co ciekawe, Gregory nigdy wcześniej nie był na Zielonej Wyspie.  
     
  • Znana jest też sprawa 60-letniej Lindy Walker z Newcastle, która po udarze mózgu, zaczęła nagle mówić z jamajskim akcentem. Była rektor uczelni twierdzi, iż nienawidzi tego co się stało z jej głosem i teraz czuje się zupełnie inną osobą.
37/2013

czwartek, 22 stycznia 2015

Ciekawostki ze świata - o systemach edukacji na świecie

Polski system edukacji każdy z nas miał okazję poznać niejako ,,od podszewki". Co prawda zmienia się on na przestrzeni lat i ulega przekształceniom. Nie wszyscy jednak wiedzą jak wygląda on w innych krajach. A system nauczania jest bardzo zróżnicowany. Głównymi zadaniami szkoły, bez względu na szerokość geograficzną, są nauka i wychowanie. Różnią się natomiast metody ich osiągania. Jak bardzo? Oto kilka przykładowych krajów:

  • Australia - Idąc w ślad szkół amerykańskich, w Australii uczeń jest traktowany bardzo indywidualnie. Widać to zwłaszcza w formie nauczania: uwzględnia się zainteresowania ucznia i jego zdolność do przyswajania wiedzy. Nie ma z góry narzuconych podręczników, często nie używa się ich w ogóle - jest to jednak świadomy zabieg. Nauczyciel każdorazowo dostarcza uczniom materiały związane z przerabianym temat. Nie wymusza się na uczniu poszerzania wiedzy ogólnej, lecz kładzie się nacisk na jego zainteresowania. Przy ocenie najważniejsze jest zrozumienie zagadnień, a nie ich pamięciowe opanowanie. Australijski system edukacji narzuca dziesięcioletni obowiązek nauki, więc zaczynając w szkole podstawowej w wieku pięciu lat, można już zakończyć edukację w wieku lat piętnastu.
     
  • Holandia - Edukacja w Holandii ma bardziej skomplikowaną formę. Jest obowiązkowa od 5 do 18 roku życia, przy czym do ukończenia 16 lat uczeń podlega obowiązkowi szkolnemu w wymiarze pełnym, a do ukończenia lat 18 podlega częściowemu obowiązkowi szkolnemu. Oznacza to, że przynajmniej 2 dni w tygodniu musi uczęszczać na zajęcia np. do szkoły zawodowej, co daje możliwość łączenia nauki z pracą. Szkołę podstawową kończy się mając lat 12. Dalsze kształcenie i wybór szkoły są zależne od wyników w nauce i zdolności.
     
  • Japonia - Japoński system edukacji jest rozbudowany, bardzo wspierany finansowo przez państwo i przykłada się w nim ogromną wagę do formy kształcenia. Różni się ona znacznie na tle już przedstawionych, choć sam system wzorowano na amerykańskim szkolnictwie. Program nauczania w szkołach jest z góry ustalony przez Ministerstwo Oświaty, jednak istnieją też programy szczegółowe, które uwzględniają warunki poszczególnych placówek. Od uczniów wymaga się rygorystycznej dyscypliny i wpaja zasady uczące poddaństwa i pracowitości. Kładzie się również nacisk na uświadamianie uczniom roli jaką pełnią w społeczeństwie. Rozpowszechnione i egzekwowane jest w dużej mierze nauczanie pamięciowe, choć oczywiście towarzyszy mu rozwijanie umiejętności praktycznych i kształcenie intelektualne.
     
  • Syberia - Syberyjski system edukacji też jest specyficzny. Jako, że Syberia jest częścią Rosji, edukacja podlega Ministerstwu Oświaty Federacji Rosyjskiej. System edukacyjny w Rosji jest dobrze rozwinięty i działa sprawnie. Rosja szczyci się najmniejszym odsetkiem analfabetów na świecie. Dostęp do edukacji na obowiązkowych etapach jest bezpłatny i obejmuje dziewięcioletni okres nauki. Przy czym najczęściej dzieci rozpoczynają edukację w szkole podstawowej mając 7 lat i uczęszczają do niej przez kolejne trzy. W pierwszych latach edukacji nauka dzieci na charakter ogólnokształcący. Dalszym etapem nauczania są niepełne szkoły ogólnokształcące (szkoły sekundarne niższe), kończące się egzaminem końcowym. .
     
  • Kenia - Edukacja w Kenii jest nieobowiązkowa i płatna. Budowa szkól jak i ich utrzymanie w dużej mierze spoczywa na rodzicach. Jeśli kogoś nie stać na posłanie dziecka do szkoły, to tego nie robi. Dodać trzeba iż większość rodzin jest wielodzietna, a szkoły finansowane przez rząd należą do rzadkości. Zdarzają się oczywiście placówki, w których się nie płaci, a uczące w nich osoby robią w ramach wolontariatu. Mają one ograniczone możliwości działania - brak podręczników, zeszytów, ołówków, czy innych pomocy dydaktycznych. 
36/2013

środa, 14 stycznia 2015

Ciekawostki ze świata - Najdziwniejsze hotele na świecie cz.2

Nocleg w lodowym łożu, w trumnie, na drzewie, w beczce? Czy kiedykolwiek słyszeliście o takich rozwiązaniach na wakacje? Czasami hotel może być atrakcją samą w sobie. W tym tygodniu przedstawimy wam drugą część subiektywnej listy najdziwniejszych hoteli na świecie :)
  • Japońskie kapsuły - Wynajmowane przez Japończyków minimalistyczne kapsuły mieszkalne przypominają raczej trumny, a nie pokoje. Wymiary takiego lokum to około 2 -2,5 metra długości, mniej więcej 1 metr wysokości i 1 metr szerokości. Mieści się tam materac zajmujący właściwe całą podłogę, podwieszony telewizor pomagający się relaksować po pracy i niewielkie półeczki na drobiazgi. W pobliżu znajdują się dzielone z innymi gośćmi łaźnie i jacuzzi. Zamiast drzwi w kapsułach są rolety. Taki klaustrofobiczny hotel to dla obcokrajowców dodatkowa atrakcja turystyczna. Hotele kapsułowe znajdują się m.in. w Tokio.
 
  • Nocleg w trumnie - W Berlinie znajdziemy ekscentryczny hotel wzniesiony przez artystę i muzyka Larsa Stroschena. Hotel Propeller składa się z 35 pokoi, z których każdy ma inną konwencję i wystrój, a także swoją oryginalną nazwę, która odzwierciedla atuty wnętrza. Można tam odnaleźć pokoje, w których główną rolę odgrywa kolor (jak Chicken Curry), sypialnię pełną luster (Mirror Room), a także pokoje, w których łóżka zapadły się częściowo pod podłogę. Najbardziej intrygujący jest jednak pokój "Grobowiec", w którym śpi się w trumnach. Cały hotel przypomina gigantyczne dzieło sztuki.
  • Nocleg w betonie - Das Park Hotel w austriackim Linz to wyjątkowo dziwne miejsce. Oferuje, zdawałoby się bardzo niewygodne pokoje, ale jak zapewniają turyści, nocleg w betonowej rurze ściekowej o średnicy ok. 2 metrów może być całkiem przyjemny. Dzięki malowidłom ściennym wykonanym przez austriackiego artystę i praktycznie urządzonym wnętrzu wcale nie jest tu ponuro. Ponadto opłatę za zakwaterowanie goście wyceniają według własnego uznania. Na terenie hotelu znajduje się również restauracja, kafeteria oraz baza sanitarna. Betonowe kwatery czynne są od maja do października.
  • Pieskie spanie - Goście Dog Bark Park Inn śpią w Tobym - gigantycznym psie rasy beagle. Ten motelik w kształcie psa w Cottonwood w Idaho w Stanach Zjednoczonych z pewnością jest wyjątkowy. Budynek, a właściwie pies ma około 9 m wysokości, 4 m szerokości i 10 m długości. Wewnątrz znajduje się sypialnia, łazienka i schody prowadzące do "głowy", gdzie jest jeszcze druga sypialnia. Łącznie w motelu mogą nocować 4 osoby. Śmiesznym elementem obiektu są materiałowe uszy, które ruszają się zgodnie z kierunkiem wiatru. Motel został zaprojektowany i zbudowany przez małżeństwo, które zajmuje się rzeźbieniem psich figurek z drewna. Właściciele sprzedają je gościom na pamiątkę. Nietypowe B&B istnieje od 1997 roku.

  • Na wysokościach - W Harbour Crane w Harlingen w Holandii mogą spać naraz tylko dwie osoby. Śmiałkowie spędzają nocleg w ekskluzywnym dźwigu portowym na wysokości ok. 18 metrów. Oprócz zachwycających widoków, można tu liczyć na komfortowe wyposażenie - podwójne łóżko, obszerne fotele, minibar, ogrzewanie, klimatyzację a także sprzęt audiowizualny. Cena zawiera także śniadanie, które jest dostarczane specjalną wewnętrzną windą.

35/2013